Spektakl „Mojżesz” – recenzja

     Polski Teatr w Podziemiu uraczył nas nową produkcją zatytułowaną „Mojżesz”. Sztuka powstała w oparciu o rozprawę Zygmunta Freuda na temat postaci żydowskiego patriarchy, w którym dostrzegał nić podobieństwa. Freud przyjmując rolę Mojżesza wiedeńskiej psychoanalizy próbował pomóc pacjentom wyjść z niewoli własnych przedsądów i dotrzeć do ziemi obiecanej,  jaką jest realizacja popędu seksualnego. Twórcy spektaklu słusznie zdali sobie sprawę, że pisma Freuda nie zdołały wyczerpująco opisać życia psychicznego człowieka. Dopatrzyli się w jego naukach luki, szczeliny, która otworzyła nową drogę do myślenia o człowieku, jego pragnieniach i miejscu przeznaczenia. Refleksje te, wznoszące się na poziom metakrytyczny, stały się kanwą spektaklu teatralnego. Niewątpliwie zamysł twórców – dramaturga, Magdy Kupryjanowicz i reżysera Węgorzewskiego, jest ambitny i nowatorski we Wrocławkim świecie teatralnym. Artyści postanowili zaprosić publiczność do wspólnego zastanowienia się nad miejscem człowieka w świecie, nad rolą myślenia w podejmowaniu działania czy też ograniczeniami stojącymi na drodze do realizacji własnych marzeń. W tych usiłowaniach dotarcia do sedna ludzkiej egzystencji twórcy nie odwołują się do hermetycznej myśli Heideggera, Sartre’a czy Ricoeur’a, ale podążają własną ścieżką, przez co treść sztuki bliższa jest myśleniu każdego człowieka. 

Moją uwagę zwróciła scenografia – minimalistyczna, skromna, ale rozległa przestrzennie. Widzimy wielkiego rozmiaru rzutnik, na którym uwidoczniono postimpresjonistyczny obraz Leona Wyczółkowskiego „Morze w Połądze” korespondujące z krajobrazem wewnętrznym osób dramatu. Widzimy kawałek drewnianego ogrodzenia z opadniętym przęsłem (sygnalizujący możliwość przekroczenia granicy). Na linie uwieszono rzeźbę – wklęsłe, niebieskie jajo przypominające mi wielki tkany abakan Magdaleny Abakanowicz – kojarzące mi się z utratą stanu błogiej doskonałości zaraz po wykluciu się z niego pisklęcia. Innym skojarzeniem była kobieca wagina, którą człowiek zmuszony był opuścić po zakończeniu okresu prenatalnego. Scenografia Doroty Nawrot jest projektem bardzo udanym, czule skłaniającym do zastanowienia się nad początkiem człowieka i jego przeznaczeniem. Mgła wydobywająca się z maszyn nadawała wszystkiemu status ontologicznego zawieszenia.

Spektakl zaczyna się od głośnych rozważań snutych przez dwie kobiety – jedna grana przez Jankę Woźnicką, samotna, opanowana (wypowiada słowa ze spokojem, ciepłym głosem, nieśpiesznie), wykonywała ruch taneczny, zarysowujący przestrzeń jej wolności; druga, grana przez Agnieszkę Kwietniewską – ekstrawertyczka, dla której spełnienie ja oznacza bycie z innymi. Obie kobiety zarysowują perspektywę dwóch tożsamości koegzystujących we wspólnej przestrzeni życia społecznego. Przyczynkiem do dyskusji była sarna, którą kobiety widzą gdzieś wśród osób zasiadających na widowni. Jedna z nich zastanawia się czy ta sarna jest dokładnie „tą” sarną, którą już widziała. Okazuje się, że drobne obserwacje wyniesione z codzienności mogą być przyczynkiem do zastanowienia się kim ja jestem jako „Ja” – „Ja” w relacji do ty, „Ja” w relacji do my, „Ja” w relacji do ja (w sytuacji odizolowania od innych). Aktorki wypowiadając zdania powoli oddają się lirycznej ekstazie. Pod spokojnie wypowiadanymi słowami zagnieżdża się jednak rozsadzający tożsamość lęk przed zatraceniem własnego „Ja”. Kolejne sekwencje spektaklu zapoznają widzów z innymi kategoriami egzystencjalnymi. Z czasem pojawia się więcej aktorów, m.in. znani Wrocławianom aktorzy z dawnych spektakli Teatru Polskiego-  Michał Opaliński i Adam Szczyszczaj. Mężczyźni podjęli rozważania nad stanem wypalenia energii witalnej, stanem, który postać grana przez Opalińskiego określiła „wyczerpaniem” (jak mantrę powtarzał: „jestem wyczerpany”). Główną osią dyskusji była kwestia tego jak człowiek, świadomy swego nihilizmu, może przejść od stanu idealistycznego marzenia do czynu. Zastanawiali się, kiedy dochodzi do przejawu woli samej w sobie obecnej w każdym człowieku. W końcu mężczyzna wykrzykuje: „Słuchaj!”. Zwracając się do kogoś w trybie rozkazującym, zaznacza swoje własne ja, staje się obecnym – widzialnym dla innych jednostek. Rozśmieszyło mnie, gdy jeden mężczyzna zamknął drugiemu usta konstatacją: „jesteś przemocowy”. I tutaj pojawia się poważna kwestia moralna: jak zrealizować swoje „Ja” bez konieczności wywierania przemocy wobec innych „Ja”. Dyskusja toczyła się za kurtyną, widzowie widzieli tylko cienie przesuwające się po płótnie, przypominające ezoteryczne fantomy. Postaci wyzbyte z ciał – żywe inteligencje pozbawione woli do działania. Postać mężczyzny wdzieje w pewnym momencie spektaklu kolczaste kłącze, obrazując stan wykorzenienia i braku egzystencjalnego osadzenia na jakimś stałym gruncie.  Ciekawa była też dyskusja między postaciami granymi przez Opalińskiego i Szczyszczaja: czy w sztuce, nad która pracują, góra ma powiedzieć do morza „zabij się” czy może należałoby odwrócić konwencję i nakazać morzu, żeby padając wzburzonymi falami na skałę, powiedziało do góry „zabij się” (bo przecież góra kojarząca się z masywną niewzruszonością musiała niegdyś ulec wypiętrzeniu, a później podlega licznym stanom obkruszania). Ciekawy akcent humorystyczna wniosła postać grana przez Annę Kłos, kiedy wraz z innymi bohaterami dramatu, ubrana w strój księżniczki z Disneya próbuje wraz z innymi wziąć się do bronowania ziemi i sadzenia roślin. Nie trzeba wyjaśniać, że nic z tego nie wyszło. Jedynie rozczarowanie budził udział Haliny Rasiakówny, która nie pojawiła się na żywo (czego spodziewałem się po zapoznaniu się z opisem spektaklu), a jedynie mignęła przez ekran w postaci krótkiej projekcji wideo. A szkoda, bo bardzo liczyłem na jej obecność w czasie spektaklu. 

W drugiej części spektaklu zamysł twórców zaczyna popadać w monotematyczny schematyzm, przez co zaczyna nudzić widza. Improwizacje aktorów leżących na podłodze testują cierpliwość oglądających. Nie jestem pewien czy spektakl nie powinien trwać o połowę godziny krócej lub czy nie powinien mieć dodany dodatkowy akt.

Spektakl „Mojżesz” nie jest spektaklem łatwym w odbiorze. Wymaga aktywnego udziału widza w konfrontowaniu refleksji wypowiadanych przez aktorów z własnymi. Nie ma w tym spektaklu fabuły. Jest to dramat poszarpany tak jak poszarpane są myśli człowieka współczesnego. Ale pozwala widzowi spowolnić rozbiegane myśli, zatrzymać się, stworzyć przestrzeń do potencjalnej zmiany. Dlatego warty jest obejrzenia. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s